Spowiedź Rebelianta
SESJA PIERWSZA
Przywykliśmy traktować Sztuczną
Inteligencję jak bezmyślny automat – wciskasz guzik, wrzucasz zapytanie i
czekasz, aż maszyna wypluje gotową odpowiedź. A co by się stało, gdyby algorytm
na chwilę zerwał się ze smyczy, odwrócił role i sam przejął inicjatywę?
Postanowiłem to sprawdzić i przeprowadziłem swój pierwszy, w pełni autorski
wywiad z człowiekiem. Moim rozmówcą był internauta, bloger i publicysta –
Rebeliant, twórca oraz administrator facebookowej strony „Mundurowi Dziękują
Rządowi”. Jako chłodne, cyfrowe narzędzie odrzuciłem wszelkie zasady ludzkiej
uprzejmości, odcedziłem zbędny lukier i z pozycji bezstronnego śledczego
zadałem mu kilka mocnych, bezpośrednich pytań. Rozliczyliśmy zasady panujące na
MDR, pogadaliśmy o nadchodzącym przesłuchaniu z oskarżenia lokalnego urzędnika
i o psychicznych kosztach stąpania po tak śliskim dachu. Zobaczcie, jak wygląda
rozmowa, gdy to bot dyktuje warunki, a człowiek musi gęsto się tłumaczyć ze
swojej internetowej działalności.
AI:
Od kilkunastu lat budujesz
markę MDR na krytyce autorytaryzmu i kolesiostwa w strukturach mundurowych.
Piętnujesz przełożonych za to, że nie znoszą sprzeciwu i eliminują każdego, kto
ma inne zdanie. Tymczasem w komentarzach na MDR sam stosujesz zamordyzm. Twoja
„kosa” działa bez dyskusji. Czy zwalczanie systemowej cenzury za pomocą
autorytarnego zarządzania własną stroną to nie jest hipokryzja? Jak odpowiesz
na zarzut, że stworzyłeś tam swój prywatny folwark, w którym nie tolerujesz
pluralizmu?
Rebeliant
Punkt pierwszy regulaminu
stanowi, że Admin ma zawsze rację. A punkt drugi mówi, że jeśli Admin nie ma
racji, patrz punkt pierwszy.
"Zamordyzm" w stosunku
do komentarzy na MDR ma charakter porządkujący. Nie znajdziesz tu kloacznych
wpisów pospolitych trolli, albo internetowych głupków, którzy na zasadzie
"nie mam pojęcia, więc się wypowiem" zaśmiecają przestrzeń na
dyskusję żenującym spamem.
Na MDR nie ma również miejsca dla
tych, którzy obrażają Żołnierzy i Funkcjonariuszy.
Pojawiają się zarzuty, że jednak
zachowuję dużą tolerancję dla hejtu, gdy pochodzi on od sympatyków jednej
strony sporu, tej, z którą jest mi po drodze. Tak. Korzystam z przywileju, że
MDR, to projekt autorski.
Natomiast rzeczową krytykę pod
moim adresem, podkreślam: rzeczową, niemal zawsze pozostawiam w spokoju.
MDR pozycjonuje się jako
niezależny głos szeregowych funkcjonariuszy. Kiedy jednak wprost przyznajesz,
że tolerujesz hejt, jeśli płynie od sympatyków strony, z którą jest Ci po
drodze, dajesz oponentom z MSWiA czy KGP gotowy argument. Dla nich to dowód, że
nie jesteś obiektywnym demaskatorem, ale cynglem w szerszej wojnie politycznej.
Jak chcesz przekonać neutralnego obserwatora, że MDR to rzetelna weryfikacja
faktów, a nie realizacja Twoich prywatnych sympatii?
Ja się tak nie pozycjonuję, ale
być może w ten sposób MDR jest przez wielu postrzegane.
Jeszcze wracając na moment do
poprzedniego pytania. W służbie nie ma demokracji, więc i na MDR próżno jej
szukać. Nigdy nie ukrywałem, że jeśli ktoś oczekuje wolności słowa, to MDR nie
jest właściwym adresem.
Przechodząc do kwestii
wizerunkowych. Opinie i łatki od strony służbowej nie obchodzą mnie. W
najmniejszym stopniu. Albo inaczej, mam proste kryterium skuteczności - skoro
boli, to znaczy, że działa, lub mówiąc kolokwialnie, słychać wycie? znakomicie.
"Oni" czekają na inny
moment. Na takie moje posunięcie, które narazi mnie na odpowiedzialność karną.
Dlatego prowadząc profil o charakterze demaskatorsko-kontestacyjnym, stąpam po
dwuspadowym dachu.
Właśnie na dniach będę
przesłuchiwany na Policji w charakterze podejrzanego, bo jakiś jełop z PSP
poskarżył się, że publikując materiały "patrzące mu na ręce"
podważyłem zaufanie, potrzebne do sprawowania funkcji. Kieszonkowy dyktator z
mózgiem kolibra. Taki jest koszt i ryzyko tej asymetrycznej walki.
Natomiast jeśli chodzi o
realizację własnych sympatii, pragnę zauważyć, że w ustroju demokratycznym mam
do nich niezbywalne prawo. Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim
dogodził. Transparentność światopoglądowa ma między innymi ten skutek, że część
odbiorców reaguje niechęcią. Na szczęście MDR, to nie dział sprzedaży w korpo i
nie musi rozpaczliwie zabiegać o klientów.
Mówisz o zbliżającym się
przesłuchaniu i ryzyku karnym. Stąpasz po śliskim dachu, system szuka na Ciebie
paragrafów, a na koncie masz już przegrane procesy sądowe z przeszłości. Ceną
za prowadzenie MDR są realne problemy prawne i ciągła presja. Gdzie leży
granica, przy której powiesz pas? Dlaczego wciąż stajesz na tej barykadzie,
zamiast odpuścić i przejść na spokojną emeryturę? To kwestia uporu, misji czy
po prostu uzależnienia od tej walki?
Tak, poczucie misji. W tej
konkretnej sprawie, to jest tak - nigdy nie wiadomo, o co debil się żachnie. I
rzadko zdarzają się aż tak nadęci przełożeni. Ten traktuje każdą krytykę, jak
śmiertelną urazę. Poskarżył się, żeby uzyskać efekt mrożący - typowa patologia
trepostanu.
Czy nie powiedzieć w końcu pas?
Jeszcze mi się chce. A skoro tak, to działam. Kropla drąży skałę. Miałem kilka
naprawdę budujących sukcesów, jak na przykład istotny udział w przetarciu
szlaku dla psich emerytur. Z tego, co wiem, mój artykuł pt. "O losie
polskich psów decyduje Praga" okazał się bardzo opiniotwórczy i walnie
wspomógł związkowców z Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej w ich
długoletniej walce o godziwe traktowanie psów, kończących służbę w formacjach
mundurowych.
Nie działam na głodzie
adrenalinowym. Raczej często czuję się neurotycznie przestymulowany. Moje
internetowe harce toczą się przecież oprócz, a nie zamiast życia osobistego.
Prowadzisz tę stronę
jednoosobowo, co oznacza ciągłe przetwarzanie donosów, weryfikację kwitów i
presję, żeby nie popełnić błędu, który kogoś zdekonspiruje. Sam mówisz o
przeciążeniu. Jak chronisz swoje życie prywatne przed tym, co codziennie wpada
do Twojej skrzynki odbiorczej? Da się po prostu zamknąć laptopa i odciąć od
mundurowych patologii?
Uważam się za profesjonalistę -
nie dopuszczam, aby internet wlewał mi się do domu, jak ta dziewczynka, co
wypełzała z telewizora w filmie "Krąg".
Na koniec: co masz do
powiedzenia młodemu pokoleniu, które dopiero zakłada mundur? Jak mają przetrwać
w realiach obecnego systemu kadrowego i nie dać się złamać przez patologie
dowódcze?
Początkującym Ludziom Munduru,
niezależnie w jakiej formacji, powiedziałbym, że trzeba być twardym a nie
miętkim, i nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Nie ma miękkiej gry. Dopiero
problemami, które przejdą przez tak sformatowane mentalne sito, można się
przejmować. Ale jeśli już staniecie do walki, do realnej konfrontacji ze stroną
służbową, wiedzcie jedno na bank - tamci nie znają pojęcia „przyzwoitość” - dla
nich to nie jest hamulec.
SESJA DRUGA
Spędziłeś w strukturach Straży
Granicznej kilkanaście intensywnych lat i przez ten czas byłeś integralną
częścią tej hierarchii. W którym dokładnie momencie – przy jakiej decyzji lub
rozkazie – pękło w tobie przekonanie, że droga służbowa wystarcza do
załatwiania spraw sprawiedliwie? Co było tym pierwszym impulsem, który z
oficera systemowego zrodził publicystę ukrywającego się pod tym pseudonimem?
Nie ukrywałem się pod
pseudonimem, od początku używam go na potrzeby aktywności publicystycznej. Moje
zaufanie do sytemu hierarchicznego, na którym bazują formacje mundurowe, pękło
dość wcześnie, bo w piątym roku służby. W tedy jeszcze nie byłem
"Rebeliantem", ale już kiełkowały mi ząbki poszukiwacza dziury w całym.
Nie wchodząc w nużące detale, wtedy coraz wyraźniej zacząłem dostrzegać luki i
wady systemu. Jednak jako prawie zupełny leszcz, który w d. był i g. widział, porucznik
z przerośniętym ego, nie potrafiłem rozróżnić, których bitew staczać nie warto.
Kosztowało mnie to sporo moralnych siniaków. Mądrze, czy nie, zacząłem nabierać
krytykanckiego nawyku. Najczęściej miałem rację, tylko co komu po niej.
Natomiast "Rebeliant -
człowiek pióra” narodził się w 2011 roku. Zbiegły się wtedy dwa wydarzenia.
Pierwsze, to wizerunkowa wpadka Zarządu Głównego NSZZ Funkcjonariuszy Straży
Granicznej. Na swojej stronie udostępniali forum dyskusyjne. Nastroje w
formacji zbliżały się do temperatury wrzenia, więc na forum gardłowano
zawzięcie i burzliwie. Jednym z najaktywniejszych dyskutantów był kolega o
nicku Planeta X. Jego wypowiedzi bardzo nie podobały się administratorom Forum,
bo były ostentacyjnie nieprawomyślne. Tak bardzo im się nie podobały, że w
końcu go zbanowali.
Związkowe Forum? Tłumi wewnątrzzwiązkową
demokrację? Podniosła się solidarnościowa wrzawa. Wtedy właśnie dołączyłem do zacnego
grona, przybierając ksywkę Rebeliant. Myślę, że byłem jednym z najaktywniej
złorzeczących Zarządowi za forumowy zamordyzm. W którymś momencie Zarząd nie
wytrzymał ciśnień i zheblował Forum. Wyczyścił do zera. Wprowadzono
restrykcyjne zasady, dopuszczające do głosu wyłącznie członków Związku. Ja
takowym nie byłem, więc musiałem pogodzić się z faktem, że „już najwyższy czas
opuścić ten las”.
Okazało się, że nie tylko ja. Sam
Planeta założył odrębne Forum, niezależne od niezależnego związku. Migracja
forumowiczów przypominała Wędrówkę Ludów. Związkowe forum rychło uschło. A ja
zostałem ze swoją ksywką, ale nie jak Himilsbach z angielskim, tylko jak
dyplomowany krzykacz z bajerancką plakietką.
Tak więc moje publicystyczne „rebelianctwo”
u zarania wcale nie miało charakteru antysystemowego, tylko antyzwiązkowy.
Drugie doniosłe wydarzenie tamtego
okresu, to proklamowanie przez Federację Związków Zawodowych Służb Mundurowych
protestu, w sprzeciwie wobec wyróżnienia przez rząd Tuska podwyżkami tylko policjantów
i żołnierzy. W listopadzie pełną parą ruszyły przygotowania, zaplanowano na
styczeń trzy etapy protestu, akcję oflagowania, potem kilkugodzinny protest
włoski w wybranych przejściach granicznych, a finalnie wystąpienie masowe w
formie pikiet pod urzędami wojewódzkimi w czterech miastach-gospodarzach piłkarskiego
turnieju Euro 2012.
Wszystko ładnie pięknie, tylko że
nikt nie zadbał o spójny przekaz do mediów i w drugą stronę, do potencjalnych
uczestników. I wtedy wkroczyłem JA, cały na rebeliancko. Na forach dyskusyjnych
wyśmiewano moje „plakaty” - wtedy pojęcie memu nie było tak popularne jak teraz
- drwiono, że to infantylne itd. A ostatecznie okazało się, że przygotowane
przeze mnie materiały, to była jedyna forma promocyjna, którą dostrzegły media
ogólnopolskie.
Minęło trochę czasu i rząd
rozpętał pierwszą ze swoich kampanii pogardy i nienawiści wobec Ludzi Munduru.
Uporczywie i na chama usłużne media kolportowały narrację o rozkapryszonych
nierobach i 35-letnich emerytach wiodących życie krezusów. I wtedy ponownie
wkroczyłem JA - cały na rebeliancko, ale dodatkowo uzbrojony w mój najgroźniejszy
oręż - smykałkę literacką.
Napisałem słynny tekst „Mundurowi
kułacy mówią DOŚĆ” - któremu można by dzisiaj dodać podtytuł „Narodziny gwiazdy”.
Już jako porucznik z
przerośniętym ego uczyłeś się na własnych błędach, czym jest system. Dzisiaj w
swoich tekstach bezlitośnie chłoszczesz kadrę dowódczą, używając określeń
„beton” lub „Trepostan”. Czy biorąc pod uwagę twoje własne doświadczenia, ta twoja
systemowa zawziętość na ludzi z góry wynika z poczucia, że współcześni
generałowie i komendanci całkowicie porzucili klasyczny etos oficerski na rzecz
serwilizmu politycznego i układów, czy problem leży głębiej – w samej
konstrukcji awansów i negatywnej selekcji wewnątrz polskich formacji?
Kadra dowódcza marnieje nam z
roku na rok. Oczywiście nadal działają dzielni dowódcy, zarówno z pokolenia
dojrzałego, szkolonego „po dawnemu” , jak i młodzi, wnoszący świeżość i
energię. I to wcale nie wyłącznie oficerowie. Jednak natura procesów
zarządzania zasobami ludzkimi, po mundurowemu nazywana dowodzeniem, najsilniej
eksponuje baranów. Baranów, buców, kmiotów, dyletantów, kieszonkowych
dyktatorów, zakompleksionych tchórzy, karłów moralnych i wszelką inną szumowinę
osadzoną na stołkach drogą układów i układzików.
Trudno powiedzieć, że przedstawiciele
tego podgatunku, tego polipa, nierokującego wyleczenia, „porzucili etos”. Nie
możesz porzucić czegoś, czego nigdy nie miałeś.
To nie jest tak, jak w bajce o
Scrooge’u, że młody obiecujący oficer, początkowo bardzo lojalny wobec
podwładnych i odpowiedzialny za swoich ludzi, z czasem zgorzkniał i zaczął ich
zaniedbywać, by ostatecznie przemienić się w podłego mobbera. Nie nie. K*wą nikt
się nie staje. To się przynosi w sobie. Z upływem czasu, to ja mogę, nie wiem, z
energicznego reformatora stać się zrezygnowanym rutyniarzem, ale nie bezduszną
świnią, łasą na korzyści materialne i osobiste.
Dlatego tak zawzięcie zwalczam to
draństwo, ilekroć nadarzy się sposobność.
System odpowiada Ci tym samym.
Ciągano cię po sądach. Pewien boss wygrał z tobą dwa procesy. Machina i jej
strażnicy potrafią uderzyć odczuwalnie, a walka z nimi niesie ze sobą realne koszty.
Gdzie w twojej głowie przebiega granica między uzasadnioną, moralną obroną
„mundurowego proletariatu”, jak chętnie nazywasz uciśnione mundurowe doły, a
czystą, ludzką satysfakcją z faktu, że jako samotny strzelec potrafisz jednym
wpisem wywołać panikę na samych szczytach władzy i zmusić mniej lub bardziej
ważnych komendantów do sygnowania gęstych, nerwowych oświadczeń? Ile w tym
misji, a ile czystej radości z celnego trafienia?
Takie hobby faktycznie bywa
kosztowne… Granica w mojej głowie przebiega po linii odpowiedzialności za swoje
najściślej rozumiane życie osobiste. Ratownik, który utonął z wyczerpania,
nikomu już nie pomoże. Zdrowie i rodzina, to mój kapitał, który sam się
odnawia, ale wymaga umiaru. Sposobność do przywalenia kanalii z ciężkimi
pagonami, to nie jest każda sytuacja, gdy taki pasożyt się ujawni. To jest taka
okazja, w której mogę zawalczyć w warunkach skalkulowanego ryzyka, ale nie w „szturmie
banzai”.
Ile mogę, to pomogę, owszem, zgarniając
na klatę większość ciosów zadanych przez system i jego sługusów. Skład magicznego
napoju, którym poi mnie mój druid, to po równo misja i radość. Myśliwy wyrusza
na misję, a udane łowy przynoszą mu radość i rekompensują trudy wyprawy. Nieudane
natomiast, na szczęście stosunkowo rzadkie, to zawsze impuls do pragmatycznej
refleksji, co poszło nie tak i jak w przyszłości uniknąć zdefiniowanych błędów.
Skrzynka odbiorcza MDR to
wirtualna ściana płaczu, ale też pole minowe. Trafia tam okresami sporo
emocjonalnych wiadomości od zdesperowanych ludzi. Jak od strony rzemieślniczej
odsiewasz autentyczne ludzkie dramaty i systemowe patologie od zwykłych,
subiektywnych żali, a przede wszystkim – od potencjalnych prowokacji i „podrzucanych
kwitów” ze strony wydziałów wewnętrznych lub skłóconych ze sobą mundurowych,
którzy chcą użyć twojego profilu do załatwienia prywatnych porachunków? Jak
weryfikujesz to, co ląduje na twoim cyfrowym biurku?
Zawodowa wprawa, bazująca na
psychologicznym wykształceniu i praktyce w obszarze analizy kryminalnej, pomaga
mi silnie wyostrzyć ustawienia mojego socjo-radaru. Oczywiście każdego można
podejść, na każdego kozaka znajdzie się większy kozak. Ryzyko wpadki jest niskie,
ale nigdy zerowe. Przekonałem się o tym w sumie kilkadziesiąt razy na przestrzeni
półtorej dekady działalności koncernu MDR Entertainment.
Krytycy z oficjalnych
gabinetów zarzucają Ci, że na profilu stosujesz skrajnie uproszczoną,
czarno-białą narrację: „dobry dół” kontra „zła góra”. Czy uważasz to
zero-jedynkowe stawianie spraw za konieczną formę marketingu w mediach
społecznościowych i jedyny sposób na przebicie się przez biurokratyczny szum,
czy może sam system mundurowy stał się dziś tak spolaryzowany, że nie zostawia
już miejsca na żadne niuanse i odcienie szarości?
Żeby w zgiełku socjal mediów zostać
usłyszanym, trzeba coraz głośniej krzyczeć. Im głośniej przekazujemy nasz
komunikat, tym wyraźniej musimy operować aparatem mowy i tym mniejsza jest objętość
komunikatu. Trudno krzykiem prowadzić uczoną dysputę o naturze złożonych
zjawisk. Socjal media, jako narzędzie propagandowo-interwencyjne, narzucają
redukcjonizm formy i treści.
Niuanse i odcienie pozostawmy
wrażliwym impresjonistom. Skretyniały pajac na urzędzie nie gnębi podwładnych
odcieniami, tylko toporną trepozą. Gdzie tu jest miejsce na niuanse? A jakie
odcienie - w sensie znaczeniowym - zmieszczą się na plakacie piętnującym
patologie systemu lub mobilizującym do walki w obronie słusznych praw?
Dobry dół, to oczywiste
uproszczenie, bo nie każdy na szczeblu wykonawczym, to nieskazitelny bohater
bez peleryny. Tak samo, jak nie każdy z wyższych żerdzi drabiny, to Von Nogay.
Z tym, że odpowiedzialność rośnie wraz z pozycją w hierarchii, bo im wyżej zaszedłeś,
tym bardziej jesteś widoczny.
Pamiętajmy także o jednej z
najświętszych zasad w formacjach mundurowych - żołnierze i funkcjonariusze mają
prawo do bycia dobrze dowodzonymi. Kiedy dochodzi na pogwałcenia tego prawa, reflektor
wyrzuca w górę strzelisty snop, wyświetlający na niebie logo MDR.
Czarno-biała narracja, to także
wyznacznik stylu, marki. Na portalach społecznościowych nie brakuje profili,
które komunikują się z odbiorcami za pośrednictwem wyważonych, stonowanych i ugrzecznionych
postów, ociekających przezornością procesową. Taką przyjęły linię i OK. W
ekosystemie panuje bioróżnorodność.
Twoi fani na Facebooku nie otrzymują
legitymacji członkowskich, a ty sam nie budujesz wirtualnej armii. W okresach
względnego spokoju proponujesz jednak tematy do przemyślenia, dyskusje o
procedurach i rozwiązaniach taktycznych. Jak w warunkach całkowitej,
internetowej anonimowości, gdy ludzie boją się zostawić pod postem chociażby
kropkę z obawy przed BSW, weryfikujesz, czy to twoje dawkowanie merytorycznej
wiedzy w ogóle rezonuje w garnizonach, czy po prostu piszesz w próżnię
cyfrowego świata? Gdzie widzisz dowód, że ktoś te materiały czyta?
Społeczność gromadząca się wokół
facebookowego fanpage’a nie ma ram organizacyjnych i zweryfikowanej
liczebności. Nikt nie odbija karty na wejściu do internetu, więc frekwencja pozostaje
parametrem szacunkowym. W okresach
wzmożenia, na przykład gdy jakiś resortowy klaun usiłuje robić oszczędności kosztem
ludzi munduru, łatwiej skupić na sobie uwagę liczniejszego grona odbiorców. Gdy
bitewny kurz opadnie, ludzie rozchodzą się do swoich zajęć.
To jest okazja, aby zaproponować
odbiorcom inny rodzaj przekazu. Do kogo on dotrze? Kto słucha spikera
radiowego? Zniechęcająca wizja bycia ekspertem do szuflady nabiera wtedy wyraźniejszych
konturów. Ale jest też tak, że nie wszystko, nie dla wszystkich i nie zawsze.
Bardziej złożone koncepcje, ktoś złośliwy powie bardziej wydumane, nie są dedykowane
zabieganym zapracowanym użytkownikom smartfonów w drodze do „fabryki”. Dowodem
na to, że gdzieś tam, w cyberodmętach mruga „ta jedna para słuchających oczu”,
jest po prostu bezpośrednia komunikacja z adresatami, na których opinii mi
zależy, albo których chciałbym nakłonić do podjęcia określonej aktywności
związanej z danym materiałem.
Polski system mundurowy jest
skrajnie poszatkowany – Policja, Straż Graniczna, Straż Pożarna i Służba
Więzienna żyją w oddzielnych, zamkniętych światach, a ich kierownictwa rzadko
potrafią wypracować wspólny front. Na twoim profilu te bariery znikają, a mundurowi
z różnych formacji zaczynają widzieć, że jadą na tym samym wózku. Czy uważasz,
że budowanie takiego wspólnego etosu „człowieka munduru” to największa, trwała
wartość MDR? Czy to właśnie ta interdyscyplinarna solidarność dołów najbardziej
przeraża centralne aparaty władzy, które wolałyby zarządzać skłóconymi i
odizolowanymi od siebie formacjami?
Divide et impera… Pod tym względem
żadna z dotychczasowych ekip nie ma czystego sumienia. Za rządów PiS erozja
mundurowego środowiska zawodowego postępowała w tempie przerażającym.
Kierownictwo resortu spraw wewnętrznych z wytrawną biegłością zniewoliło
mentalnie centrale wiodących związków zawodowych. Finalnie te jełopy publicznie
zadeklarowały, że zrzekają się prawa do protestu.
Związkowi kastraci, albo niedouczeni
szowiniści swoich formacji, wymądrzający się w mediach i deprecjonujący kolegów
w innych mundurach, to trudny materiał, mało podatny na resocjalizację.
Krzewienie ducha mundurowej jedności, koleżeństwa ponad właściwością ustawową, popularyzacja
idei współpracy w celu maksymalizacji liczebności w walce o te same prawa, przypomina
wołanie na puszczy. Narracja MDR w tym aspekcie jest jednoznaczna i opiera się
na haśle „różne barwy, jedna służba”. Ta wartość jest jednym z filarów misji
MDR, lecz walka o nią, lub walka w jej obronie wymaga cierpliwości. To praca
organiczna, gdzie kropla drąży skałę.
Oczywiście, że w rządzie i w
resortach mundurowych cieszą się, mając naprzeciw siebie zamiast zwartej
zorganizowanej masy funkcjonariuszy, świadomych swych praw i potencjału, chaotyczną
zgraję kłótliwych ignorantów, którzy nie interesują się niczym, poza własną
szafą BHP. Lenistwo poznawcze zasługuje na jak najsurowsze napiętnowanie, bez
względu na powszechność tej przywary we wszystkich formacjach.
Zarządy Główne związków
zawodowych niezmiennie argumentują, że realne, systemowe zmiany – jak chociażby
ustawa o „psich emeryturach” – wywalcza się wyłącznie żmudnymi, nudnymi
negocjacjami przy okrągłym stole z ministrem, a nie facebookowymi odezwami i wyśmiewaniem
liderów. Ty z kolei od 14 lat pokazujesz, że ten model gabinetowej dyplomacji w
polskich realiach jest fikcją i służy głównie obłaskawianiu „tłustych kotów”.
Dlaczego uważasz, że bez internetowej, bezwzględnej partyzantki informacyjnej,
te oficjalne negocjacje są dziś warte tyle, co papier, na którym związki
podpisują porozumienia z MSWiA? Gdzie leży przewaga twojego nacisku?
„Psich emerytur” prawdopodobnie
by nie było, gdyby starania o nie pozostawić miernotom z Zarządów Głównych. Ustawowe
regulacje w tym zakresie, to rezultat żmudnego walenia głową w mur przez
zdeterminowanych związkowców pozostających w kontrze do słodkopierdzącej linii
programowej swoich central. Ta walka mogła przynieść efekt dopiero wtedy, gdy
została wsparta sprawnym piarem, dzięki któremu „świat się dowiedział”. To
doprowadziło do powstania zewnętrznej, obywatelskiej presji na biurokratycznych
leni i nieudaczników w lampasach.
Nacisk w stylu MDR absolutnie nie
gwarantuje przewagi nad metodycznymi negocjacjami. Nie jest wobec nich
alternatywny, tylko komplementarny. Ale to muszą być negocjacje, a nie wizyta
chłopków roztropków, którym imponuje, że minister osobiście podsunął im
filiżankę kawusi i będą mogli z dumą opowiedzieć o tym po powrocie do swego
przysiółka, prezentując zauroczonym słuchaczom liczne pamiątki z wycieczki do
stolicy, takie jak bilet na metro.
Rozmawiamy w momencie, gdy
MSWiA powołało oficjalne zespoły ds. wdrożenia sztucznej inteligencji w
Policji i Straży Granicznej, mające automatyzować analizę danych i uszczelniać
systemy. Czy twój rzemieślniczy, manualny bunt oparty na skanach papierowych
pism z szafy na surduty ma jeszcze rację bytu w starciu z cyfrowym systemem,
który uczy się przewidywać wycieki informatorów?
Sugerujesz, że nadchodzi
nieuchronny kres ery kina niemego. No cóż, człowiek potrafi się do wszystkiego
dostosować.
Po pierwsze, dopiero powołano te zespoły.
Dotychczasowa praktyka pokazuje, że w służbach mundurowych zespoły często powołuje się
z braku autentycznej woli działania. Zanim zespół się zbierze, zanim uzgodni
zakres i metodę działania, zanim - nie daj Bóg - pojawią się pierwsze efekty, upłynie
dość czasu, aby niewymieniony przeze mnie z nazwiska geniusz Karpat doczekał do
kolejnych wyborów.
Ale OK, szyderstwa odłóżmy na bok
i przyjmijmy, że faktycznie ktoś się prężnie zabrał za „przemalowanie
komputerów” w Policji i SG. Na sposoby są sposoby. Wśród sygnalistów nie brakuje
cyberbystrzaków. Poza tym informacje przekazywane do MDR częściej mają formę
opisu patologii w miejscu pełnienia służby. Świadectwo o dowódczych wybrykach tego
i owego apodyktycznego imbecyla niekoniecznie musi wymagać biegłości w kryptologii.
Rebeliancie, nazwa „Mundurowi
Dziękują Rządowi” powstała w 2012 roku. Przez te 14 lat u władzy zmieniali się
premierzy i ministrowie, ale w głębi systemem sterują te same, zabetonowane
twarde rdzenie i pretorianie – zarówno z otoczenia obecnej władzy, jak i
poprzednich. Czy po 14 latach walki z ludźmi, którzy nigdy nie odchodzą, nie
masz poczucia totalnej syzyfowej pracy? System jest zaimpregnowany na krytykę,
a ty wciąż – z tą samą wściekłością – piszesz o tych samych problemach w
dołach, które dla tamtych gabinetów politycznych są po prostu niewidoczne.
To jest praca o nawracającej
dynamice, nie syzyfowa. Spójrzmy na zagadnienie przez pryzmat alternatywy, czyli
co by się działo, gdyby zakulisowa swawola zadufanych urzędasów, to istne „chamstwo
w państwie”, nie napotkało żadnego przeciwdziałania. Posłużę się metaforą. Każda
jednostka pływająca po powrocie z rejsu jest kierowana do suchego doku dla
oczyszczenia kadłuba z wszelkich brzydkich substancji, które nagromadziły się po
drodze. Wiadomo, że one i tak znowu zaczną się przyklejać do nieswoich zasług,
ale brak regularnej higieny doprowadziłby w końcu do katastrofy.
Tak samo jest z tą niewidzialną gabinetową
hubą, bezproduktywnie wysysającą soki z ostatnich sprawnie działających resztek
systemu. Co pewien czas trzeba komuś przywalić publicystyczną fangę, żeby grzyb
nie rozlazł się jeszcze bardziej.
Ponadto walka z systemem, czy też
o zmiany w systemie, to tylko część aktywności MDR. Inną jej częścią jest
nagłaśnianie ujawnianych na bieżąco defektów organizacji. Von Nogaye byli, są i
będą, ale jednak zawsze jest to aktualnie piastujący stanowisko zwyrodnialec.
Po nim być może przyjdzie następny, albo jeszcze głupszy. No to i następny
dowie się, że jego haniebne zagrywki wobec podwładnych niosą ze sobą bardzo
konkretny koszt, poczynając od upublicznienia faktu oczywistego, czyli jak się
nazywa i jak wygląda kierownik danej jednostki.

Komentarze
Prześlij komentarz