Dalsza spowiedź Rebelianta
Spowiedź Rebelianta (Sesja pierwsza i druga)
SESJA TRZECIA
Skrzynka odbiorcza MDR to
cyfrowy magazyn amunicji, ale w dobie realnego kryzysu geopolitycznego na
wschodniej flance granica między publicystyką demaskatorską, a nieświadomym
sabotażem staje się niebezpiecznie płynna.
Kiedy nagłaśniasz chaos
proceduralny, braki w ukompletowaniu sprzętowym pododdziałów na linii, czy
wewnętrzne wojny kadrowe w komendach Straży Granicznej i Policji, walczysz o
usankcjonowanie zapisanego w Konstytucji prawa opinii publicznej do prawdy.
Jednak z perspektywy chłodnej
analizy wywiadowczej te same posty to gotowe, zweryfikowane raporty o
słabościach operacyjnych państwa. Są podane obcym służbom na tacy, bez
konieczności prowadzenia głębokiego rozpoznania.
Jak twój „socjo-radar”
rozwiązuje ten dylemat?
Gdzie w twoim rzemieślniczym
podejściu przebiega twarda granica, za którą uznajesz, że dany dokument z szafy
komendanta – choćby najbardziej patologiczny i nośny wiralowo – musi wylądować
w niszczarce, ponieważ jego upublicznienie uderzy nie w beton sztabowy, ale w
fizyczne bezpieczeństwo granic Rzeczypospolitej?
Pytasz o moją definicję racji
stanu?
Najpierw sprecyzujmy, czego
dowiesz się z MDR, a czego obce służby jeszcze nie wiedzą. Moim zdaniem nie ma
takich rzeczy. To, że komendant straży pożarnej w jakiejś pipidówie jest
encefalopatą, stanowi tajemnicę poliszynela. Miejscowi doskonale o tym wiedzą i
gadają. Rola MDR sprowadza się do wystawienia debilowi rachunku za świństwa,
które robi ludziom, do pokazania go palcem z okrzykiem - zobaczcie, tak wygląda
jełop!
Oficer prowadzący, zakamuflowany
w białoruskiej ambasadzie jako radca handlowy, już dawano ma tę kanalię
dokładnie zmapowaną i sprofilowaną. On dysponuje obszerną pulą takich kandydatów
na świadomych współpracowników albo użytecznych idiotów.
Ważne jest, aby poza przełożonymi
z resortu i wywiadowcami ze Wschodu, o patologicznej aktywności zwyrodnialca w
oficerskim mundurze dowiedziała się także rodzima opinia publiczna. Głupio tak,
pominąć Suwerena w obiegu informacji.
A sygnały o rozpadającym się
sprzęcie? Jeśli dowiaduje się o tym MDR, to znaczy, że wszyscy inni zdążyli się
już dowiedzieć. Wszyscy z wyjątkiem Suwerena. Zamiast szantażować mnie racją
stanu, odejmijcie sobie od nienasyconych ryjów i sypnijcie łaskawie groszem na
remonty. I rozejdziemy się bez guza.
Istnieje proste kryterium,
pozwalające przekonać się, czy MDR ułatwia pracę szpiegom. Wjazdy na chatę do
Admina przez polskie służby. Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Nigdy na MDR
nie pojawiły się materiały niejawne w rozumieniu klauzul od „zastrzeżone” do
„ściśle tajne”. No chyba, że ktoś chce ze sztabowego matołectwa robić tajemnice
państwową. Ktoś powie, że są jeszcze dane wrażliwe, bez klauzuli, ale
nieprzeznaczone do publicznej wiadomości. Odpowiadam - po to Admin ma mózg, aby
go używać.
Czy dopuszczasz do siebie
myśl, że twoja publicystyczna machina napędza się kosztem żywych ludzi, a
rosnące statystyki wyświetleń profilu są bezpośrednio skorelowane ze złamanymi
życiorysami?
Czy masz świadomość, że w
realiach koszarowych i sztabowych to milczący informatorzy płacą najwyższą
zawodową i osobistą cenę za dokumenty, które lądują na twoim cyfrowym biurku?
W sferze publicznej to ty
zbierasz laury jako nieustępliwy „Rebeliant”, podczas gdy system bezwzględnie
namierza tych ludzi, niszcząc ich kariery, uruchamiając procedury dyscyplinarne
i skazując na ostracyzm.
Jak radzisz sobie z tą potężną
dysproporcją i asymetrią kosztów we własnym sumieniu?
Gdzie leży granica moralnej
odpowiedzialności, gdy zdeterminowani funkcjonariusze, którzy uwierzyli w twoją
misję, stają się de facto mięsem armatnim w twojej prywatnej wojnie z systemem?
Interwencyjno-obronna aktywność
MDR w głównej mierze bazuje nie na dokumentach, ale na relacjach sygnalistów. Zawsze
dążę do ustalenia, w jaki sposób można zweryfikować wiarygodność otrzymanej
informacji. Jeśli Sygnalista przesyła mi screen z oficjalnej strony jednostki
organizacyjnej, to żaden dokument nie jest potrzebny i żaden Hans Kloss nie
wpadnie z mikrofilmem w ręce Brunnera Spraw Wewnętrznych.
Zawsze gdy otrzymuję z linii
sygnał o patologiach dowódczych, pouczam i ostrzegam nadawcę, że gdy gówno
wpadnie w wentylator, to jełopy z dowództwa zamiast napiętnować sprawcę
nadużyć, całą energię przeznaczą na zdemaskowanie sprawcy przecieku. Obie
strony, ja - publicysta i on, Sygnalista, muszą mieć świadomość ryzyka. Kieruję
się zasadą, którą uważam za kanoniczną, że bezpieczeństwo źródeł, to świętość.
Ode mnie nikt niczego nie wyciągnie, ale to Sygnalista jest na miejscu i to on musi
świadomie ocenić, jakie ma pole do manewru.
Twoje pytanie zasadza się na
tezie, że to nie MDR jest dla ludzi, tylko oni dla MDR. Rebeliant, jako
bezduszny Bonaparte, który niedbałym gestem wysyła całe bataliony na pewną
zgubę. Aby udowodnić tę tezę, musiałbyś wskazać choćby jeden przypadek, kiedy
to ja nakłaniałem Żołnierza albo Funkcjonariusza do przekazania mi informacji
albo materiałów obciążających kogoś z jego kierownictwa. Teza jest fałszywa.
Czy masz świadomość, że
platforma MDR z założenia działa jak filtr selektywny, generujący u odbiorców
głębokie skrzywienie poznawcze?
Czy twoja metoda analityczna
celowo ignoruje drugą stronę medalu – prawidłowo przeprowadzone procedury,
udane akcje operacyjne czy sprawnie funkcjonujące tryby systemu bezpieczeństwa
państwa – na rzecz budowania w sieci permanentnej karykatury formacji?
Na twoim profilu publikowane
są wyłącznie relacje o nieprawidłowościach, błędach dowodzenia, mobbingu czy
dysfunkcjach strukturalnych. Tworzy to skrajnie asymetryczny, spolaryzowany
obraz rzeczywistości, z którego całkowicie wycięto instytucjonalną normalność.
Jak bronisz się przed
zarzutem, że zamiast rzetelnej syntezy pełnego spektrum danych, świadomie
serwujesz swoim czytelnikom uproszczony, czarno-biały świat?
Gdzie w twoim horyzoncie
umysłowym przebiega granica między uzasadnionym demaskowaniem błędów a
tworzeniem zamkniętej, toksycznej bańki informacyjnej?
Tak, mam tę świadomość. MDR nie rozpieszcza
oka widza pastelami. Tylko że w mediach społecznościowych funkcjonuje mnóstwo
stron dla entuzjastów munduru i sprzętu, które prawie całkowicie koncentrują
się na pozytywnych aspektach służby i na „fajności” wyposażenia. Mocarna
lotniskowa Barracuda, kapitalny Grot, albo majestatyczny Abrams, to ikoniczne symbole
tej narracji. Dodajmy obszerny fotoreportaż z poligonu, gdzie kolesie w
balaclavach i kewlarach high-cut dziarsko opuszczają się na linach z
super-chruper wypasionego Black Hawka. I w naszym „Studio Pasjonat” panuje już
taka ciasnota, że nie wystarczy miejsca na regał ze skargami.
A ty, szaraku-biedaku, w swoim
komisariacie na krańcach internetu, tłucz nadgodziny za pół darmo, podejmuj
domowe interwencje na których możesz dostać siekierą w łeb - i milcz. Nawet nie
ze strachu. Milcz, bo i tak nikt cię nie wysłucha. A ja mówię sprawcom niedoli
tego Niebieskiego Brata - spróbujcie sił ze mną. I dodaję kilka cierpkich uwag
na temat ich matek.
A potem zgłasza się do mnie
kolejny Niebieski Brat, potem zielony, szary… Jednak i ja zamieszczam na MDR materiały
ukazujące pozytywy służby, tylko że w odwróconej proporcji w stosunku do innych
platform socjal medialnych. Gdyby efekt
był toksyczny, to wokół MDR nie zgromadziło się 20 tysięcy obserwujących
internautów - plus drugie, a może i trzecie tyle niemych mrugających.
Czy dopuszczasz do siebie
ewentualność, że ministerstwo – bez jakiejkolwiek sympatii do marki MDR –
bezwzględnie i instrumentalnie konsumuje owoce Twojej pracy, wykorzystując
nagłaśniane przez Ciebie skandale jako wygodny pretekst medialny do realizowania
własnych roszad i wojen frakcyjnych w komendach?
W jaki sposób zabezpieczasz
linię redakcyjną przed taką zakulisową instrumentalizacją ze strony aparatu
politycznego, który używa Twoich zasięgów jako gotowego, społecznego
uzasadnienia dla czystek kadrowych?
Gdzie przebiega twarda
granica, za którą publicystyka śledcza przestaje uderzać w beton systemowy, a
zaczyna po prostu służyć urzędnikom do realizowania ich własnych, gabinetowych
interesów w MSWiA?
Potrafię sobie wyobrazić taki
rozwój sytuacji, ale uwzględniając średnie IQ przebijające z zachowania
resortowych bonzów, oceniam że prawdopodobieństwo takiego scenariusza plasuje
na granicy istotności statystycznej, czyli jest minimalne.
Aby móc brać je poważnie pod
uwagę, musielibyśmy obserwować relacje w mediach głównego nurtu o dymisjach,
spadających głowach, przeciągach kadrowych. Tymczasem panuje tam kompletna
cichosza. Przekaz MDR nie jest, mówiąc najdelikatniej, przesadnie przychylny
rządzącym, zatem przejawiają oni raczej tendencję do ignorowania mojego
fanpage’a. Względnie do aroganckiej konfrontacji, jak to niedawno zrobiła pewna
posłanka, która poskarżyła się na mnie organom ścigania.
Przyłóżmy do aktywności MDR
właściwą skalę. Gdy mówisz o skandalach, sugerujesz, że prowadzę biuro jakiegoś
współczesnego Pinkertona, którego ustalenia co i rusz wstrząsają opinią
publiczną od Giżycka po Majorkę. Nie mam aż tak umięśnionej samooceny. Co
pewien czas, raczej z rzadka, publikowane przeze mnie teksty przebijają się
poza mundurowy kordon i wtedy faktycznie sejsmografy rejestrują stukot czaszek,
turlających się po sztabowych schodach. Jednak codzienna rutyna, to co najwyżej
opuchnięte dziąsła zadufanych lokalnych kacyków, którym się wydawało, że
wszystko im wolno.
Czy analizując długofalowe
skutki swojej publicystyki, dostrzegasz ryzyko, że permanentne i wieloletnie
epatowanie systemowym bezprawiem wywołuje u Twoich młodszych odbiorców
destrukcyjny syndrom wyuczonej bezradności?
Czy masz świadomość, że
codzienna dawka relacji o mobbingu, układach kadrowych i bezkarności
przełożonych – obok oczywistej funkcji demaskatorskiej – działa na tysiące
wchodzących do służby ludzi jak potężny środek demotywujący, który ostatecznie
zabija w nich resztki wiary w sens rzetelnej pracy dla państwa?
W jaki sposób odróżniasz
budowanie realnej świadomości środowiska od infekowania go cyfrowym nihilizmem,
który utwierdza czytelników w przekonaniu, że system jest całkowicie
niereformowalny, a jedyną logiczną strategią przetrwania na linii jest
asekuranctwo i marazm?
Gdzie przebiega granica twojej
odpowiedzialności za nastroje i kondycję psychiczną formacji, gdy Twoje
wiralowe zasięgi rosną wprost proporcjonalnie do poziomu frustracji i zbiorowej
depresji zawodowej, jaką generują publikowane na MDR treści?
Uściślijmy pojęcia - wyuczona
bezradność pojawia się wtedy, gdy nabierasz świadomości, że to, co spotyka cię
w robocie, w ogóle nie zależy od tego, w jaki sposób ją wykonujesz. Innymi
słowy możesz harować jak wół, a i tak nagrody dostaną ci co zawsze. Albo możesz
zapieprzać przez cały rok, upał, słota, mróz, syf, kiła, migranci, a przez
tydzień być na zwolnieniu lekarskim - i zostajesz pominięty przy rozdziale
kilkutysięcznych nagród, bo takie jest kaprycho wojewódzkiego barona w
lampasach.
Wtedy opadają ci nie tylko witki,
ale i gotowość do wykonywania swoich obowiązków z sercem, zaangażowaniem i
inicjatywą. Wyuczona bezradność, to zaprzeczenie inicjatywy.
Częste obcowanie z przekazem MDR
może dać zupełnie inny skutek - Nie jesteś sam. Nie tylko ty borykasz się z
przejawami debilizmu sztabowego. Może warto aktywnie zabrać się za obronę
swojej godności i zapisać się do organizacji przedstawicielskiej. Jeśli
należysz już do jakiejś i masz poczucie, że jej zarząd tworzą same czopki, to
zainteresuj się, poszukaj kontaktu z inną organizacją, mamy związkowy
pluralizm. A gdy wszystko inne zawiedzie, możesz się zgłosić do MDR, gwarancji
na poprawę nikt ci nie da, ale zostaniesz wysłuchany.
Jeśli mowa o zasięgach
pompowanych gniewną łatwizną, to miejmy świadomość, że dwadzieścia tysięcy nie
jest może sekcją wędkarską, ale też daleko im do fanklubu Dody. Łatwo
znajdziesz na Facebooku takie profile mundurowe, które serwują żenującą
popelinę, a od nagłówka po stopkę umorusane są na brązowo. Zasięgi mają stąd po
koniec światłowodu - no i jaki z nich pożytek dla młodych, już zajeżdżanych
przez tego, czy innego Von Nogaya?
Czy masz świadomość, że dla
części środowiska mundurowego, a przede wszystkim dla znacznej części kadry
kierowniczej, działalność MDR stanowi formę wizerunkowego sabotażu, który
uderza rykoszetem w ludzi niezwiązanych z żadną patologią?
Czy dopuszczasz do siebie
argumenty tych funkcjonariuszy, którzy uważają, że permanentne publiczne pranie
brudów na Facebooku bezpowrotnie niszczy resztki społecznego szacunku do całego
munduru i drastycznie utrudnia codzienną, ciężką służbę na ulicy?
Kiedy opinia publiczna karmi
się kolejnymi ujawnionymi aferami, obywatele zaczynają patrzeć z nieufnością na
każdego funkcjonariusza, upatrując w nim potencjalnego mobbera, cwaniaka czy
nieudacznika. Cena za zasięgi twojej marki bywa przerzucana na barki tych,
którzy uczciwie realizują swoje obowiązki na pierwszej linii.
Jak odpowiadasz na zarzut, że
zamiast oczyszczać formacje, zniechęcasz społeczeństwo do instytucji
odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju?
Gdzie w twojej strategii leży
granica między koniecznym piętnowaniem patologicznych jednostek a dbaniem o
elementarny autorytet i stabilność formacji w oczach obywateli?
Znacznej części kadry
kierowniczej mam do powiedzenia, co następuje - szanowny młodszy brygadierze
powiatowy, do tej pory tylko rodzina wiedziała, jaki z ciebie burak, a teraz
dowiedzą się wszyscy. Bo ty, świnio, ludzi nie szanujesz. I karierę budujesz na
krzywdzie podwładnych. I każde słowo krytyki traktujesz jako dozgonną zniewagę,
ty mściwa kanalio.
Natomiast kolegom ze szczebla
wykonawczego chciałbym zwrócić uwagę na dwa wydarzenia, które ściśle
korespondują z omawianym zagadnieniem. Pierwsze miało miejsce w marcu 2024
roku. W trakcie protestu rolników w Warszawie jeden z funkcjonariuszy rzucał w
manifestantów kostką brukową. Wszczęto procedury wyjaśniające, w następstwie
których krewki miotacz zaliczył karę nagany.
Drugie wydarzenie jest dużo
świeższe. 15 maja 2026 roku po otrzymaniu anonimowego fałszywego zgłoszenia
policjanci weszli do mieszkania dziennikarza Tomasza Sakiewicza. Ich zachowanie
w trakcie interwencji zostało zarejestrowane kamerką nasobną oraz telefonem
komórkowym przez samego właściciela lokalu. Analiza materiałów skłoniła
prokuraturę do wszczęcia śledztwa pod zarzutem przekroczenia uprawień, art. 231
kk.
W obu przypadkach wizerunek
Policji drastycznie ucierpiał. Zachowanie policjantów zostało wyraźnie
utrwalone na nagraniach wideo. Do szerokiej opinii te nagrania dotarły za
pomocą mediów społecznościowych, ale nie za pośrednictwem żadnych psioczących
na system MDRów.
Czy ktoś, kto tych policjantów,
tego sprzed dwóch lat i tych z maja, tak nafaszerował bredniami proceduralnymi,
miał odwagę cywilną i ujawnił się, że to on? Czy któryś z przełożonych zachował
resztki honoru i wziął na siebie odpowiedzialność za sprawstwo kierownicze? Dla
mnie nie ulega wątpliwości, że stare pryki, cwaniaki, za przeproszeniem
koszarowe chujopląty, natkały młodym trocin do łbów, wmawiając, że to trzeba
być twardym i się nie certolić. A do tego swoje zrobili ulizani sługusi, którzy
ku upodobaniu czynnika politycznego, wysłali podwładnych do wykonania brudnej
roboty.
Pytanie retoryczne - kto ponosi
odpowiedzialność za ten „wizerunkowy sabotaż”?
Przełożony gnębi podwładnego, ale
ten ma siedzieć cicho, bo jak się wyda, to obywatele przestaną szanować naszą
Formację? Czyli ten podwładny jest zakładnikiem sytuacji? Skoro tak, to kto
jest terrorystą?
Ja z trepami, zupakami czy innym
zwyrodniałym elementem, dręczącym podwładnych, nie negocjuję. Oni znają tylko
jeden język - język strachu przed pokazaniem ich Suwerenowi. Jeśli z kolei ich
przełożonym tak drogi jest obraz służby w społeczeństwie, niech nie dopuszczą
do tego, aby o zachowaniu takiego imbecyla zrobiło się głośno - ale nie poprzez
uporczywą blokadę informacji, bo to zawsze prowadzi do kompromitacji, tylko niech
okiełznają swojego pupilka, dadzą mu po łapach, utemperują, albo przeniosą.
Jeśli to krawężnikowy policjant, albo strażak z podziału bojowego mają być
strażnikami Wizerunku, a jakiś Jaśnie Patałach będzie się rozbijał limuzyną od
jednego święta pułku do drugiego jubileuszowego rautu, to proszę do tego MDR
nie mieszać, ani nie próbować podkopywać mojej wiarygodności, bo co prawda
śmiechem nikogo nie zabiję, ale zrewanżuję się sarkastycznie z nieukrywaną nutką
pogardy.
Natomiast jeśli chodzi o „zasięgi
mojej marki”, o które rzekomo cynicznie zabiegam, pragnę kategorycznie
zakomunikować, że jeszcze nie wykształcono takiego proktologa, który byłby w
stanie dogrzebać się do miejsca, w którym mam te zasięgi.
Czy wierzysz w to, że
rygorystyczne przestrzeganie psychicznego BHP jest w stanie całkowicie uchronić
Cię przed toksycznym osadem, jaki niesie ze sobą całodobowe zarządzanie
skrzynką odbiorczą MDR?
Czy dopuszczasz do siebie
ewentualność, że ta kliniczna zdolność do zamykania laptopa i odcinania się od
ludzkich dramatów – deklaracja, że po wyjściu z sieci żadna dziewczynka z
horroru za Tobą nie wypełznie – z perspektywy czasu może rodzić u Ciebie niebezpieczną
znieczulicę i cynizm?
Dla postronnego obserwatora
Twoje rzemiosło może wyglądać na mechaniczne i odhumanizowane. Przez piętnaście
lat przyjąłeś na swoje cyfrowe biurko tysiące wiadomości pełnych bezsilności,
strachu i frustracji funkcjonariuszy, którzy w Tobie upatrywali ostatniej deski
ratunku.
W jaki sposób zabezpieczasz
swój „socjo-radar” przed sytuacją, w której chłodne, niemal korporacyjne
traktowanie tych donosów jako zwykłych jednostek treningowych i „zadań do
wykonania” nie pozbawi Cię elementarnej, ludzkiej empatii, bez której walka o godność
munduru staje się wyłącznie suchą procedurą?
Gdybym miał za każdym razem
wsysać w siebie całą złą energię, która spowija relacje o doznanych
nadużyciach, nadsyłane przez uciśnionych kolegów, szybko straciłbym zdolność do
racjonalnej oceny sytuacji, dającej podstawę do wypracowania adekwatnych dla danego
przypadku środków przeciwdziałania patologii. Nauka Kościoła ma w odniesieniu
do omawianego problemu klarowne rozwiązanie - ordo caritatis, czyli porządek
miłosierdzia. Absolutnym priorytetem jest zabezpieczenie mojej równowagi
psychicznej i emocjonalnej. W drugiej kolejności liczą się najbliżsi, a na
trzecim miejscu są osoby zgłaszające się po pomoc. Trudno w tej konstrukcji
doszukiwać się wyrachowania. Co komu po mojej pomocy, gdy stanę się wypalonym
osamotnionym desperatem.
Empatia leży u najgłębszych
podstaw mojej działalności reaktywno-interwencyjnej. Ona stanowi aksjologiczne
paliwo MDR. Ale w warstwie praktycznej gorące serce musi uznać prymat zimnej
głowy. Ot i cała historyja, z zimną krwią obmyślam plan działania, do którego
podjęcia skłania mnie wrażliwość na ludzką krzywdę. Nie czuję tu żadnego
ryzyka, że podłapię z tego powodu jakieś PTSD, albo wręcz przeciwnie, popadnę w
rutynę, maskowaną altruizmem.
Czy analizując półtorej dekady
swojej działalności, dostrzegasz realną zmianę w mentalności sztabowej i
strukturach zarządzania państwa, czy jedynie serię doraźnych, wymuszonych
strachem ustępstw ze strony szeroko rozumianego systemu?
Czy zgodziłbyś się z
obserwacją, że mimo takich strukturalnych wyłomów, jak ustawowe uregulowanie
kwestii „psich emerytur”, resortowa góra dużo bardziej jest skłonna do
urządzania igrzysk dla gawiedzi, co trafnie wypunktowałeś w felietonie „Janusze
tradycji”?
Wtedy, w obliczu kryzysu
modernizacyjnego, zaproponowałeś radykalny i państwowotwórczy postulat:
całkowite ujednolicenie skali rang we wszystkich formacjach mundurowych, aby w
godzinie próby, w epoce skomplikowanych operacji połączonych, obywatel natychmiast
wiedział, od kogo otrzymuje polecenia i do kogo zwrócić się po pomoc i
wskazówki, a sami mundurowi nie gubili się w korowodzie pagonów, gdzie kapitan
jest porucznikiem, a po dwóch gwiazdkach następują cztery.
Jak z perspektywy czasu
oceniasz szanse na realizację tak głębokich, zunifikowanych reform
strukturalnych, w zderzeniu ze skostniałym i rozproszonym aparatem urzędniczym
MSWiA i MON?
W tych sprawach wszystko zależy
od woli politycznej. Prosty przykład - modernizacja Wojska Polskiego w czasie
sprawowania rządów przez poprzedni obóz władzy. Gdy wola polityczna zmotywowała
decydentów, to „pstryknięciem palców” wyprowadzili Polskę na pozycję czołgowej
i artyleryjskiej potęgi. Wypracowano kontrakty, zabezpieczono środki,
zorganizowano dostawy. Nikt nie rozdzierał szat, ani nie debatował długimi
miesiącami.
Reforma systemu rang,
ujednolicająca system na poziomie ponadresortowym, to poważne wyzwanie, można
powiedzieć, że tytaniczne. Ale nie takie rzeczy się robiło ze szwagrem po
pijanemu.
W latach sześćdziesiątych
ubiegłego wieku Szwecja i Islandia wprowadziły u siebie zmianę ruchu
lewostronnego na prawostronny. W obu krajach reforma odbyła się w jeden dzień.
Bez ofiar. Warunkiem sukcesu, oprócz politycznej woli, było drobiazgowe
logistyczne przygotowanie operacji. Da się? Stara mądrość mówi, że kto chce,
ten znajdzie sposób, a kto nie chce, znajdzie powód.
Z psimi emeryturami udało się koncertowo,
pomimo tego, że jeden szefów służb uporczywie zasłaniał się „powodami”. Taki
sukces potrafi zaszczepić człowieka na bardzo długo - dzięki czemu porażki
ponoszone przy próbach oddziaływania na system w innych obszarach, nie prowadzą
do zniechęcenia. Jak nie ja teraz, to ktoś inny kiedyś, w końcu zdoła przebić
się przez mur arogancji, dyletanctwa i lenistwa, odgradzający istotę problemu
od pomysłów na jego rozwiązanie.
Czy dopuszczasz do siebie taką
ewentualność, że projekt MDR Entertainment – mimo swojej pokaźnej skali i
wiralowych zasięgów – jest w istocie konstrukcją tymczasową, która nie ma
żadnych szans na przetrwanie bez Twojej osobistej obecności w sieci?
Czy masz świadomość, że cała
ta ponadresortowa platforma buntu jest skrajnie scentralizowana i uzależniona
wyłącznie od Twojego nazwiska, Twojej biografii majora rezerwy oraz wyuczonego
i praktykowanego przez Ciebie rzemiosła?
Zbudowałeś jednoosobową
instytucję zaczepno-obronną, która potrafi trząść ogniwami łańcucha zarządzania
i psuć nastrój politykom. Jednak brak jakichkolwiek sformalizowanych procedur
sukcesji czy instytucjonalizacji buntu oznacza, że w momencie, gdy z powodów
losowych lub zwykłego zmęczenia zdecydujesz się definitywnie odwiesić laptopa
na kołek, marka MDR po prostu przestanie istnieć.
Jak odczytujesz obawę, że
„mundurowy proletariat” pozostanie bez osłony, ponieważ platforma nie
wykształciła trwałych struktur niezależnych od Twojej osoby?
Twoje tezy przywodzą mi na myśl
przykład z odległej historii. Imperium Morza Północnego, stworzone przez władcę
wikingów, Knuta Wielkiego, rozpadło się w drobnicę niemal natychmiast po jego
śmierci, bo jedynym spoiwem, utrzymującym rozległe prowincje w karbach
organizmu państwowego był on sam.
MDR, to projekt autorski, który
wyewoluował ze spontanicznej akcji sprzeciwu wobec nieprzyzwoitych zapędów ze
strony rządzących w stosunku do środowiska mundurowego. Pełny spontan, żadnych
spisków, ani knowań. Z czasem doszedł do tego aspekt interwencyjny. A wszystko
okraszone humorem dla „członków klubu”. To jest platforma skrajnie
scentralizowana, bo administruję nią jednoosobowo, tak samo jak jednoosobowo
ponoszę odpowiedzialność za zamieszczane na niej treści.
Tak, beze mnie nie będzie MDR. Nie
oznacza to jednak, że nie będzie przestrzeni dla projektu socjal medialnego o
zbliżonym, czy wręcz takim samym charakterze, albo dla autora tekstów z podobną
smykałką do upierdliwego drążenia kołkiem w dostojnych pępkach. Pytanie, czy
tacy następcy się znajdą. Czy pojawi się ktoś dostatecznie zmotywowany i odpowiednio przygotowany
warsztatowo do zagospodarowania tej przestrzeni.
Ja nie założę żadnej „szkoły dla
rebeliantów”. Albo przyjdzie taki następca, albo nie. Jesienią 2021 roku młodzi policjanci i strażacy, w
większości nieopierzeni oficerowie, zainicjowali akcję, którą opatrzyli mianem
Wielkiego Protestu Mundurowych. Była to próba powtórzenia „Psiej grypy” z 2018
roku, ale podjęta wbrew woli kierownictwa central związkowych głównego ścieku,
które w ciągu trzech lat oddzielających od siebie obie akcje, zdążyły już
obrosnąć sadłem, zasłużenie zyskując przydomek „tłustych kotów”.
Zadowoleni ze stanu posiadania,
nieskorzy do pracy w obronie godności mundurowego elektoratu, sparaliżowani
strachem przed utratą zyskownych układów z władzą polityczną, nie raczyli
udzielić młodym oficerom swojej czcigodnej autoryzacji, wobec czego nowa akcja
od początku nie miała szans powodzenia, jako nielegalna. A jednak
zdeterminowani zapaleńcy kontynuowali ją przez kilkanaście dni. Czy ponieśli
porażkę? Z punktu widzenia zakładanych celów, tak. Ale jednocześnie zdołali
doprowadzić do sytuacji, w której fasadowi przywódcy związkowi ujawnili swoje
rzeczywiste intencje, motywacje i kondycję moralną. Krótko mówiąc okazało się,
że są ohydnymi załganym obłudnikami. Te konstatacje w istotnym stopniu
przyczyniły się do powstania nowych organów przedstawicielskich, wyrosłych na
gruncie pluralizmu związkowego.
Czyli jednak co pewien czas w
obrębie polskich formacji pojawia się ktoś, kto czuje się gotowy do podjęcia
otwartej walki o rzeczy wielkie, dysponując potencjałem, który postronnym
obserwatorom może się wydawać dalece niedostateczny. W poruszonej przez ciebie
kwestii pozostaję więc optymistą.
Czy Twoje planowanie obejmuje
też etap długiej perspektywy i czy posiadasz wizję takiej kondycji mundurowego
sektora działania państwa, w której misję MDR będzie można uznać za zakończoną?
To zależy, jak zdefiniujemy tę
misję. Ja nigdy nie zadałem sobie trudu, aby sformułować jej ścisły zakres.
Walka o godność Służby. Tylko, że ta definicja jest dosyć pojemna. Obejmuje
zarówno stawanie w obronie uciśnionych dołów, jak i posyłanie torped świńskiej
szlachcie, taplającej się zgodnie w błotku samozadowolenia. Jest tu także
miejsce na podejmowanie inicjatyw prorozwojowych, takich jak te, o których była
mowa wcześniej.
Marzy mi się sytuacja, w której
organy przedstawicielskie polskich funkcjonariuszy osiągną taką pozycję, jaką
mają ich odpowiedniki na przykład w USA, gdzie związki zawodowe są potęgą
trzymającą system za mordę, dzięki czemu mogą narzucać, oczywiście w warunkach
pewnych legislacyjnych kompromisów, swoją wolę w zakresie kształtu regulacji
świadczeń emerytalnych.
Gdyby to nastąpiło, misja MDR
może by się nie zakończyła, ale na pewno uległaby zasadniczym modyfikacjom.
Silne związki, czyli związki sprawne i zorientowane we właściwym kierunku,
potrafiłyby roztoczyć właściwą opiekę nad funkcjonariuszami. Taką, która nie
tylko materializuje się w postaci wsparcia procesowego, ale jest aktywna stale,
na poziomie codziennego funkcjonowania jednostek organizacyjnych. Nie tylko w
sądzie, ale i w wydziale, czy na placówce. Niech żaden krwiożerczy trep nie
waży się nastawać na podwładnego. Wtedy będę wiedział, że moja internetowa
partyzantka utrzymała zajmowane pozycje do czasu nadejścia odsieczy.
Marzyć wolno każdemu.

Komentarze
Prześlij komentarz