Dalsza spowiedź Rebelianta



Zapraszam do lektury Trzeciej Sesji wywiadu, w którym pytania zadawała MI Maszyna AI.
Na wstępie link do początku "Spowiedzi" - zawierającego sesje pierwszą i drugą:

Spowiedź Rebelianta (Sesja pierwsza i druga)

SESJA TRZECIA

Skrzynka odbiorcza MDR to cyfrowy magazyn amunicji, ale w dobie realnego kryzysu geopolitycznego na wschodniej flance granica między publicystyką demaskatorską, a nieświadomym sabotażem staje się niebezpiecznie płynna.

Kiedy nagłaśniasz chaos proceduralny, braki w ukompletowaniu sprzętowym pododdziałów na linii, czy wewnętrzne wojny kadrowe w komendach Straży Granicznej i Policji, walczysz o usankcjonowanie zapisanego w Konstytucji prawa opinii publicznej do prawdy.

Jednak z perspektywy chłodnej analizy wywiadowczej te same posty to gotowe, zweryfikowane raporty o słabościach operacyjnych państwa. Są podane obcym służbom na tacy, bez konieczności prowadzenia głębokiego rozpoznania.

Jak twój „socjo-radar” rozwiązuje ten dylemat?

Gdzie w twoim rzemieślniczym podejściu przebiega twarda granica, za którą uznajesz, że dany dokument z szafy komendanta – choćby najbardziej patologiczny i nośny wiralowo – musi wylądować w niszczarce, ponieważ jego upublicznienie uderzy nie w beton sztabowy, ale w fizyczne bezpieczeństwo granic Rzeczypospolitej?

Pytasz o moją definicję racji stanu?

Najpierw sprecyzujmy, czego dowiesz się z MDR, a czego obce służby jeszcze nie wiedzą. Moim zdaniem nie ma takich rzeczy. To, że komendant straży pożarnej w jakiejś pipidówie jest encefalopatą, stanowi tajemnicę poliszynela. Miejscowi doskonale o tym wiedzą i gadają. Rola MDR sprowadza się do wystawienia debilowi rachunku za świństwa, które robi ludziom, do pokazania go palcem z okrzykiem - zobaczcie, tak wygląda jełop!

Oficer prowadzący, zakamuflowany w białoruskiej ambasadzie jako radca handlowy, już dawano ma tę kanalię dokładnie zmapowaną i sprofilowaną. On dysponuje obszerną pulą takich kandydatów na świadomych współpracowników albo użytecznych idiotów.

Ważne jest, aby poza przełożonymi z resortu i wywiadowcami ze Wschodu, o patologicznej aktywności zwyrodnialca w oficerskim mundurze dowiedziała się także rodzima opinia publiczna. Głupio tak, pominąć Suwerena w obiegu informacji.

A sygnały o rozpadającym się sprzęcie? Jeśli dowiaduje się o tym MDR, to znaczy, że wszyscy inni zdążyli się już dowiedzieć. Wszyscy z wyjątkiem Suwerena. Zamiast szantażować mnie racją stanu, odejmijcie sobie od nienasyconych ryjów i sypnijcie łaskawie groszem na remonty. I rozejdziemy się bez guza.

Istnieje proste kryterium, pozwalające przekonać się, czy MDR ułatwia pracę szpiegom. Wjazdy na chatę do Admina przez polskie służby. Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Nigdy na MDR nie pojawiły się materiały niejawne w rozumieniu klauzul od „zastrzeżone” do „ściśle tajne”. No chyba, że ktoś chce ze sztabowego matołectwa robić tajemnice państwową. Ktoś powie, że są jeszcze dane wrażliwe, bez klauzuli, ale nieprzeznaczone do publicznej wiadomości. Odpowiadam - po to Admin ma mózg, aby go używać.

Czy dopuszczasz do siebie myśl, że twoja publicystyczna machina napędza się kosztem żywych ludzi, a rosnące statystyki wyświetleń profilu są bezpośrednio skorelowane ze złamanymi życiorysami?

Czy masz świadomość, że w realiach koszarowych i sztabowych to milczący informatorzy płacą najwyższą zawodową i osobistą cenę za dokumenty, które lądują na twoim cyfrowym biurku?

W sferze publicznej to ty zbierasz laury jako nieustępliwy „Rebeliant”, podczas gdy system bezwzględnie namierza tych ludzi, niszcząc ich kariery, uruchamiając procedury dyscyplinarne i skazując na ostracyzm.

Jak radzisz sobie z tą potężną dysproporcją i asymetrią kosztów we własnym sumieniu?

Gdzie leży granica moralnej odpowiedzialności, gdy zdeterminowani funkcjonariusze, którzy uwierzyli w twoją misję, stają się de facto mięsem armatnim w twojej prywatnej wojnie z systemem?

Interwencyjno-obronna aktywność MDR w głównej mierze bazuje nie na dokumentach, ale na relacjach sygnalistów. Zawsze dążę do ustalenia, w jaki sposób można zweryfikować wiarygodność otrzymanej informacji. Jeśli Sygnalista przesyła mi screen z oficjalnej strony jednostki organizacyjnej, to żaden dokument nie jest potrzebny i żaden Hans Kloss nie wpadnie z mikrofilmem w ręce Brunnera Spraw Wewnętrznych.

Zawsze gdy otrzymuję z linii sygnał o patologiach dowódczych, pouczam i ostrzegam nadawcę, że gdy gówno wpadnie w wentylator, to jełopy z dowództwa zamiast napiętnować sprawcę nadużyć, całą energię przeznaczą na zdemaskowanie sprawcy przecieku. Obie strony, ja - publicysta i on, Sygnalista, muszą mieć świadomość ryzyka. Kieruję się zasadą, którą uważam za kanoniczną, że bezpieczeństwo źródeł, to świętość. Ode mnie nikt niczego nie wyciągnie, ale to Sygnalista jest na miejscu i to on musi świadomie ocenić, jakie ma pole do manewru.

Twoje pytanie zasadza się na tezie, że to nie MDR jest dla ludzi, tylko oni dla MDR. Rebeliant, jako bezduszny Bonaparte, który niedbałym gestem wysyła całe bataliony na pewną zgubę. Aby udowodnić tę tezę, musiałbyś wskazać choćby jeden przypadek, kiedy to ja nakłaniałem Żołnierza albo Funkcjonariusza do przekazania mi informacji albo materiałów obciążających kogoś z jego kierownictwa. Teza jest fałszywa.

Czy masz świadomość, że platforma MDR z założenia działa jak filtr selektywny, generujący u odbiorców głębokie skrzywienie poznawcze?

Czy twoja metoda analityczna celowo ignoruje drugą stronę medalu – prawidłowo przeprowadzone procedury, udane akcje operacyjne czy sprawnie funkcjonujące tryby systemu bezpieczeństwa państwa – na rzecz budowania w sieci permanentnej karykatury formacji?

Na twoim profilu publikowane są wyłącznie relacje o nieprawidłowościach, błędach dowodzenia, mobbingu czy dysfunkcjach strukturalnych. Tworzy to skrajnie asymetryczny, spolaryzowany obraz rzeczywistości, z którego całkowicie wycięto instytucjonalną normalność.

Jak bronisz się przed zarzutem, że zamiast rzetelnej syntezy pełnego spektrum danych, świadomie serwujesz swoim czytelnikom uproszczony, czarno-biały świat?

Gdzie w twoim horyzoncie umysłowym przebiega granica między uzasadnionym demaskowaniem błędów a tworzeniem zamkniętej, toksycznej bańki informacyjnej?

Tak, mam tę świadomość. MDR nie rozpieszcza oka widza pastelami. Tylko że w mediach społecznościowych funkcjonuje mnóstwo stron dla entuzjastów munduru i sprzętu, które prawie całkowicie koncentrują się na pozytywnych aspektach służby i na „fajności” wyposażenia. Mocarna lotniskowa Barracuda, kapitalny Grot, albo majestatyczny Abrams, to ikoniczne symbole tej narracji. Dodajmy obszerny fotoreportaż z poligonu, gdzie kolesie w balaclavach i kewlarach high-cut dziarsko opuszczają się na linach z super-chruper wypasionego Black Hawka. I w naszym „Studio Pasjonat” panuje już taka ciasnota, że nie wystarczy miejsca na regał ze skargami.

A ty, szaraku-biedaku, w swoim komisariacie na krańcach internetu, tłucz nadgodziny za pół darmo, podejmuj domowe interwencje na których możesz dostać siekierą w łeb - i milcz. Nawet nie ze strachu. Milcz, bo i tak nikt cię nie wysłucha. A ja mówię sprawcom niedoli tego Niebieskiego Brata - spróbujcie sił ze mną. I dodaję kilka cierpkich uwag na temat ich matek.

A potem zgłasza się do mnie kolejny Niebieski Brat, potem zielony, szary… Jednak i ja zamieszczam na MDR materiały ukazujące pozytywy służby, tylko że w odwróconej proporcji w stosunku do innych platform socjal medialnych.  Gdyby efekt był toksyczny, to wokół MDR nie zgromadziło się 20 tysięcy obserwujących internautów - plus drugie, a może i trzecie tyle niemych mrugających.

Czy dopuszczasz do siebie ewentualność, że ministerstwo – bez jakiejkolwiek sympatii do marki MDR – bezwzględnie i instrumentalnie konsumuje owoce Twojej pracy, wykorzystując nagłaśniane przez Ciebie skandale jako wygodny pretekst medialny do realizowania własnych roszad i wojen frakcyjnych w komendach?

W jaki sposób zabezpieczasz linię redakcyjną przed taką zakulisową instrumentalizacją ze strony aparatu politycznego, który używa Twoich zasięgów jako gotowego, społecznego uzasadnienia dla czystek kadrowych?

Gdzie przebiega twarda granica, za którą publicystyka śledcza przestaje uderzać w beton systemowy, a zaczyna po prostu służyć urzędnikom do realizowania ich własnych, gabinetowych interesów w MSWiA?

Potrafię sobie wyobrazić taki rozwój sytuacji, ale uwzględniając średnie IQ przebijające z zachowania resortowych bonzów, oceniam że prawdopodobieństwo takiego scenariusza plasuje na granicy istotności statystycznej, czyli jest minimalne.

Aby móc brać je poważnie pod uwagę, musielibyśmy obserwować relacje w mediach głównego nurtu o dymisjach, spadających głowach, przeciągach kadrowych. Tymczasem panuje tam kompletna cichosza. Przekaz MDR nie jest, mówiąc najdelikatniej, przesadnie przychylny rządzącym, zatem przejawiają oni raczej tendencję do ignorowania mojego fanpage’a. Względnie do aroganckiej konfrontacji, jak to niedawno zrobiła pewna posłanka, która poskarżyła się na mnie organom ścigania.

Przyłóżmy do aktywności MDR właściwą skalę. Gdy mówisz o skandalach, sugerujesz, że prowadzę biuro jakiegoś współczesnego Pinkertona, którego ustalenia co i rusz wstrząsają opinią publiczną od Giżycka po Majorkę. Nie mam aż tak umięśnionej samooceny. Co pewien czas, raczej z rzadka, publikowane przeze mnie teksty przebijają się poza mundurowy kordon i wtedy faktycznie sejsmografy rejestrują stukot czaszek, turlających się po sztabowych schodach. Jednak codzienna rutyna, to co najwyżej opuchnięte dziąsła zadufanych lokalnych kacyków, którym się wydawało, że wszystko im wolno.

Czy analizując długofalowe skutki swojej publicystyki, dostrzegasz ryzyko, że permanentne i wieloletnie epatowanie systemowym bezprawiem wywołuje u Twoich młodszych odbiorców destrukcyjny syndrom wyuczonej bezradności?

Czy masz świadomość, że codzienna dawka relacji o mobbingu, układach kadrowych i bezkarności przełożonych – obok oczywistej funkcji demaskatorskiej – działa na tysiące wchodzących do służby ludzi jak potężny środek demotywujący, który ostatecznie zabija w nich resztki wiary w sens rzetelnej pracy dla państwa?

W jaki sposób odróżniasz budowanie realnej świadomości środowiska od infekowania go cyfrowym nihilizmem, który utwierdza czytelników w przekonaniu, że system jest całkowicie niereformowalny, a jedyną logiczną strategią przetrwania na linii jest asekuranctwo i marazm?

Gdzie przebiega granica twojej odpowiedzialności za nastroje i kondycję psychiczną formacji, gdy Twoje wiralowe zasięgi rosną wprost proporcjonalnie do poziomu frustracji i zbiorowej depresji zawodowej, jaką generują publikowane na MDR treści?

Uściślijmy pojęcia - wyuczona bezradność pojawia się wtedy, gdy nabierasz świadomości, że to, co spotyka cię w robocie, w ogóle nie zależy od tego, w jaki sposób ją wykonujesz. Innymi słowy możesz harować jak wół, a i tak nagrody dostaną ci co zawsze. Albo możesz zapieprzać przez cały rok, upał, słota, mróz, syf, kiła, migranci, a przez tydzień być na zwolnieniu lekarskim - i zostajesz pominięty przy rozdziale kilkutysięcznych nagród, bo takie jest kaprycho wojewódzkiego barona w lampasach.

Wtedy opadają ci nie tylko witki, ale i gotowość do wykonywania swoich obowiązków z sercem, zaangażowaniem i inicjatywą. Wyuczona bezradność, to zaprzeczenie inicjatywy.

 

Częste obcowanie z przekazem MDR może dać zupełnie inny skutek - Nie jesteś sam. Nie tylko ty borykasz się z przejawami debilizmu sztabowego. Może warto aktywnie zabrać się za obronę swojej godności i zapisać się do organizacji przedstawicielskiej. Jeśli należysz już do jakiejś i masz poczucie, że jej zarząd tworzą same czopki, to zainteresuj się, poszukaj kontaktu z inną organizacją, mamy związkowy pluralizm. A gdy wszystko inne zawiedzie, możesz się zgłosić do MDR, gwarancji na poprawę nikt ci nie da, ale zostaniesz wysłuchany.

Jeśli mowa o zasięgach pompowanych gniewną łatwizną, to miejmy świadomość, że dwadzieścia tysięcy nie jest może sekcją wędkarską, ale też daleko im do fanklubu Dody. Łatwo znajdziesz na Facebooku takie profile mundurowe, które serwują żenującą popelinę, a od nagłówka po stopkę umorusane są na brązowo. Zasięgi mają stąd po koniec światłowodu - no i jaki z nich pożytek dla młodych, już zajeżdżanych przez  tego, czy innego Von Nogaya?

Czy masz świadomość, że dla części środowiska mundurowego, a przede wszystkim dla znacznej części kadry kierowniczej, działalność MDR stanowi formę wizerunkowego sabotażu, który uderza rykoszetem w ludzi niezwiązanych z żadną patologią?

Czy dopuszczasz do siebie argumenty tych funkcjonariuszy, którzy uważają, że permanentne publiczne pranie brudów na Facebooku bezpowrotnie niszczy resztki społecznego szacunku do całego munduru i drastycznie utrudnia codzienną, ciężką służbę na ulicy?

Kiedy opinia publiczna karmi się kolejnymi ujawnionymi aferami, obywatele zaczynają patrzeć z nieufnością na każdego funkcjonariusza, upatrując w nim potencjalnego mobbera, cwaniaka czy nieudacznika. Cena za zasięgi twojej marki bywa przerzucana na barki tych, którzy uczciwie realizują swoje obowiązki na pierwszej linii.

Jak odpowiadasz na zarzut, że zamiast oczyszczać formacje, zniechęcasz społeczeństwo do instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju?

Gdzie w twojej strategii leży granica między koniecznym piętnowaniem patologicznych jednostek a dbaniem o elementarny autorytet i stabilność formacji w oczach obywateli?

Znacznej części kadry kierowniczej mam do powiedzenia, co następuje - szanowny młodszy brygadierze powiatowy, do tej pory tylko rodzina wiedziała, jaki z ciebie burak, a teraz dowiedzą się wszyscy. Bo ty, świnio, ludzi nie szanujesz. I karierę budujesz na krzywdzie podwładnych. I każde słowo krytyki traktujesz jako dozgonną zniewagę, ty mściwa kanalio.

Natomiast kolegom ze szczebla wykonawczego chciałbym zwrócić uwagę na dwa wydarzenia, które ściśle korespondują z omawianym zagadnieniem. Pierwsze miało miejsce w marcu 2024 roku. W trakcie protestu rolników w Warszawie jeden z funkcjonariuszy rzucał w manifestantów kostką brukową. Wszczęto procedury wyjaśniające, w następstwie których krewki miotacz zaliczył karę nagany.

Drugie wydarzenie jest dużo świeższe. 15 maja 2026 roku po otrzymaniu anonimowego fałszywego zgłoszenia policjanci weszli do mieszkania dziennikarza Tomasza Sakiewicza. Ich zachowanie w trakcie interwencji zostało zarejestrowane kamerką nasobną oraz telefonem komórkowym przez samego właściciela lokalu. Analiza materiałów skłoniła prokuraturę do wszczęcia śledztwa pod zarzutem przekroczenia uprawień, art. 231 kk.

W obu przypadkach wizerunek Policji drastycznie ucierpiał. Zachowanie policjantów zostało wyraźnie utrwalone na nagraniach wideo. Do szerokiej opinii te nagrania dotarły za pomocą mediów społecznościowych, ale nie za pośrednictwem żadnych psioczących na system MDRów.

Czy ktoś, kto tych policjantów, tego sprzed dwóch lat i tych z maja, tak nafaszerował bredniami proceduralnymi, miał odwagę cywilną i ujawnił się, że to on? Czy któryś z przełożonych zachował resztki honoru i wziął na siebie odpowiedzialność za sprawstwo kierownicze? Dla mnie nie ulega wątpliwości, że stare pryki, cwaniaki, za przeproszeniem koszarowe chujopląty, natkały młodym trocin do łbów, wmawiając, że to trzeba być twardym i się nie certolić. A do tego swoje zrobili ulizani sługusi, którzy ku upodobaniu czynnika politycznego, wysłali podwładnych do wykonania brudnej roboty.

Pytanie retoryczne - kto ponosi odpowiedzialność za ten „wizerunkowy sabotaż”?

Przełożony gnębi podwładnego, ale ten ma siedzieć cicho, bo jak się wyda, to obywatele przestaną szanować naszą Formację? Czyli ten podwładny jest zakładnikiem sytuacji? Skoro tak, to kto jest terrorystą?

Ja z trepami, zupakami czy innym zwyrodniałym elementem, dręczącym podwładnych, nie negocjuję. Oni znają tylko jeden język - język strachu przed pokazaniem ich Suwerenowi. Jeśli z kolei ich przełożonym tak drogi jest obraz służby w społeczeństwie, niech nie dopuszczą do tego, aby o zachowaniu takiego imbecyla zrobiło się głośno - ale nie poprzez uporczywą blokadę informacji, bo to zawsze prowadzi do kompromitacji, tylko niech okiełznają swojego pupilka, dadzą mu po łapach, utemperują, albo przeniosą. Jeśli to krawężnikowy policjant, albo strażak z podziału bojowego mają być strażnikami Wizerunku, a jakiś Jaśnie Patałach będzie się rozbijał limuzyną od jednego święta pułku do drugiego jubileuszowego rautu, to proszę do tego MDR nie mieszać, ani nie próbować podkopywać mojej wiarygodności, bo co prawda śmiechem nikogo nie zabiję, ale zrewanżuję się sarkastycznie z nieukrywaną nutką pogardy.

Natomiast jeśli chodzi o „zasięgi mojej marki”, o które rzekomo cynicznie zabiegam, pragnę kategorycznie zakomunikować, że jeszcze nie wykształcono takiego proktologa, który byłby w stanie dogrzebać się do miejsca, w którym mam te zasięgi.

Czy wierzysz w to, że rygorystyczne przestrzeganie psychicznego BHP jest w stanie całkowicie uchronić Cię przed toksycznym osadem, jaki niesie ze sobą całodobowe zarządzanie skrzynką odbiorczą MDR?

Czy dopuszczasz do siebie ewentualność, że ta kliniczna zdolność do zamykania laptopa i odcinania się od ludzkich dramatów – deklaracja, że po wyjściu z sieci żadna dziewczynka z horroru za Tobą nie wypełznie – z perspektywy czasu może rodzić u Ciebie niebezpieczną znieczulicę i cynizm?

Dla postronnego obserwatora Twoje rzemiosło może wyglądać na mechaniczne i odhumanizowane. Przez piętnaście lat przyjąłeś na swoje cyfrowe biurko tysiące wiadomości pełnych bezsilności, strachu i frustracji funkcjonariuszy, którzy w Tobie upatrywali ostatniej deski ratunku.

W jaki sposób zabezpieczasz swój „socjo-radar” przed sytuacją, w której chłodne, niemal korporacyjne traktowanie tych donosów jako zwykłych jednostek treningowych i „zadań do wykonania” nie pozbawi Cię elementarnej, ludzkiej empatii, bez której walka o godność munduru staje się wyłącznie suchą procedurą?

Gdybym miał za każdym razem wsysać w siebie całą złą energię, która spowija relacje o doznanych nadużyciach, nadsyłane przez uciśnionych kolegów, szybko straciłbym zdolność do racjonalnej oceny sytuacji, dającej podstawę do wypracowania adekwatnych dla danego przypadku środków przeciwdziałania patologii. Nauka Kościoła ma w odniesieniu do omawianego problemu klarowne rozwiązanie - ordo caritatis, czyli porządek miłosierdzia. Absolutnym priorytetem jest zabezpieczenie mojej równowagi psychicznej i emocjonalnej. W drugiej kolejności liczą się najbliżsi, a na trzecim miejscu są osoby zgłaszające się po pomoc. Trudno w tej konstrukcji doszukiwać się wyrachowania. Co komu po mojej pomocy, gdy stanę się wypalonym osamotnionym desperatem.

Empatia leży u najgłębszych podstaw mojej działalności reaktywno-interwencyjnej. Ona stanowi aksjologiczne paliwo MDR. Ale w warstwie praktycznej gorące serce musi uznać prymat zimnej głowy. Ot i cała historyja, z zimną krwią obmyślam plan działania, do którego podjęcia skłania mnie wrażliwość na ludzką krzywdę. Nie czuję tu żadnego ryzyka, że podłapię z tego powodu jakieś PTSD, albo wręcz przeciwnie, popadnę w rutynę, maskowaną altruizmem.

Czy analizując półtorej dekady swojej działalności, dostrzegasz realną zmianę w mentalności sztabowej i strukturach zarządzania państwa, czy jedynie serię doraźnych, wymuszonych strachem ustępstw ze strony szeroko rozumianego systemu?

Czy zgodziłbyś się z obserwacją, że mimo takich strukturalnych wyłomów, jak ustawowe uregulowanie kwestii „psich emerytur”, resortowa góra dużo bardziej jest skłonna do urządzania igrzysk dla gawiedzi, co trafnie wypunktowałeś w felietonie „Janusze tradycji”?

Wtedy, w obliczu kryzysu modernizacyjnego, zaproponowałeś radykalny i państwowotwórczy postulat: całkowite ujednolicenie skali rang we wszystkich formacjach mundurowych, aby w godzinie próby, w epoce skomplikowanych operacji połączonych, obywatel natychmiast wiedział, od kogo otrzymuje polecenia i do kogo zwrócić się po pomoc i wskazówki, a sami mundurowi nie gubili się w korowodzie pagonów, gdzie kapitan jest porucznikiem, a po dwóch gwiazdkach następują cztery.

Jak z perspektywy czasu oceniasz szanse na realizację tak głębokich, zunifikowanych reform strukturalnych, w zderzeniu ze skostniałym i rozproszonym aparatem urzędniczym MSWiA i MON?

W tych sprawach wszystko zależy od woli politycznej. Prosty przykład - modernizacja Wojska Polskiego w czasie sprawowania rządów przez poprzedni obóz władzy. Gdy wola polityczna zmotywowała decydentów, to „pstryknięciem palców” wyprowadzili Polskę na pozycję czołgowej i artyleryjskiej potęgi. Wypracowano kontrakty, zabezpieczono środki, zorganizowano dostawy. Nikt nie rozdzierał szat, ani nie debatował długimi miesiącami.

Reforma systemu rang, ujednolicająca system na poziomie ponadresortowym, to poważne wyzwanie, można powiedzieć, że tytaniczne. Ale nie takie rzeczy się robiło ze szwagrem po pijanemu.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Szwecja i Islandia wprowadziły u siebie zmianę ruchu lewostronnego na prawostronny. W obu krajach reforma odbyła się w jeden dzień. Bez ofiar. Warunkiem sukcesu, oprócz politycznej woli, było drobiazgowe logistyczne przygotowanie operacji. Da się? Stara mądrość mówi, że kto chce, ten znajdzie sposób, a kto nie chce, znajdzie powód.

Z psimi emeryturami udało się koncertowo, pomimo tego, że jeden szefów służb uporczywie zasłaniał się „powodami”. Taki sukces potrafi zaszczepić człowieka na bardzo długo - dzięki czemu porażki ponoszone przy próbach oddziaływania na system w innych obszarach, nie prowadzą do zniechęcenia. Jak nie ja teraz, to ktoś inny kiedyś, w końcu zdoła przebić się przez mur arogancji, dyletanctwa i lenistwa, odgradzający istotę problemu od pomysłów na jego rozwiązanie.

Czy dopuszczasz do siebie taką ewentualność, że projekt MDR Entertainment – mimo swojej pokaźnej skali i wiralowych zasięgów – jest w istocie konstrukcją tymczasową, która nie ma żadnych szans na przetrwanie bez Twojej osobistej obecności w sieci?

Czy masz świadomość, że cała ta ponadresortowa platforma buntu jest skrajnie scentralizowana i uzależniona wyłącznie od Twojego nazwiska, Twojej biografii majora rezerwy oraz wyuczonego i praktykowanego przez Ciebie rzemiosła?

Zbudowałeś jednoosobową instytucję zaczepno-obronną, która potrafi trząść ogniwami łańcucha zarządzania i psuć nastrój politykom. Jednak brak jakichkolwiek sformalizowanych procedur sukcesji czy instytucjonalizacji buntu oznacza, że w momencie, gdy z powodów losowych lub zwykłego zmęczenia zdecydujesz się definitywnie odwiesić laptopa na kołek, marka MDR po prostu przestanie istnieć.

Jak odczytujesz obawę, że „mundurowy proletariat” pozostanie bez osłony, ponieważ platforma nie wykształciła trwałych struktur niezależnych od Twojej osoby?

Twoje tezy przywodzą mi na myśl przykład z odległej historii. Imperium Morza Północnego, stworzone przez władcę wikingów, Knuta Wielkiego, rozpadło się w drobnicę niemal natychmiast po jego śmierci, bo jedynym spoiwem, utrzymującym rozległe prowincje w karbach organizmu państwowego był on sam.

MDR, to projekt autorski, który wyewoluował ze spontanicznej akcji sprzeciwu wobec nieprzyzwoitych zapędów ze strony rządzących w stosunku do środowiska mundurowego. Pełny spontan, żadnych spisków, ani knowań. Z czasem doszedł do tego aspekt interwencyjny. A wszystko okraszone humorem dla „członków klubu”. To jest platforma skrajnie scentralizowana, bo administruję nią jednoosobowo, tak samo jak jednoosobowo ponoszę odpowiedzialność za zamieszczane na niej treści.

Tak, beze mnie nie będzie MDR. Nie oznacza to jednak, że nie będzie przestrzeni dla projektu socjal medialnego o zbliżonym, czy wręcz takim samym charakterze, albo dla autora tekstów z podobną smykałką do upierdliwego drążenia kołkiem w dostojnych pępkach. Pytanie, czy tacy następcy się znajdą. Czy pojawi się ktoś dostatecznie  zmotywowany i odpowiednio przygotowany warsztatowo do zagospodarowania tej przestrzeni.

Ja nie założę żadnej „szkoły dla rebeliantów”. Albo przyjdzie taki następca, albo nie. Jesienią  2021 roku młodzi policjanci i strażacy, w większości nieopierzeni oficerowie, zainicjowali akcję, którą opatrzyli mianem Wielkiego Protestu Mundurowych. Była to próba powtórzenia „Psiej grypy” z 2018 roku, ale podjęta wbrew woli kierownictwa central związkowych głównego ścieku, które w ciągu trzech lat oddzielających od siebie obie akcje, zdążyły już obrosnąć sadłem, zasłużenie zyskując przydomek „tłustych kotów”.

Zadowoleni ze stanu posiadania, nieskorzy do pracy w obronie godności mundurowego elektoratu, sparaliżowani strachem przed utratą zyskownych układów z władzą polityczną, nie raczyli udzielić młodym oficerom swojej czcigodnej autoryzacji, wobec czego nowa akcja od początku nie miała szans powodzenia, jako nielegalna. A jednak zdeterminowani zapaleńcy kontynuowali ją przez kilkanaście dni. Czy ponieśli porażkę? Z punktu widzenia zakładanych celów, tak. Ale jednocześnie zdołali doprowadzić do sytuacji, w której fasadowi przywódcy związkowi ujawnili swoje rzeczywiste intencje, motywacje i kondycję moralną. Krótko mówiąc okazało się, że są ohydnymi załganym obłudnikami. Te konstatacje w istotnym stopniu przyczyniły się do powstania nowych organów przedstawicielskich, wyrosłych na gruncie pluralizmu związkowego.

Czyli jednak co pewien czas w obrębie polskich formacji pojawia się ktoś, kto czuje się gotowy do podjęcia otwartej walki o rzeczy wielkie, dysponując potencjałem, który postronnym obserwatorom może się wydawać dalece niedostateczny. W poruszonej przez ciebie kwestii pozostaję więc optymistą.

Czy Twoje planowanie obejmuje też etap długiej perspektywy i czy posiadasz wizję takiej kondycji mundurowego sektora działania państwa, w której misję MDR będzie można uznać za zakończoną?

To zależy, jak zdefiniujemy tę misję. Ja nigdy nie zadałem sobie trudu, aby sformułować jej ścisły zakres. Walka o godność Służby. Tylko, że ta definicja jest dosyć pojemna. Obejmuje zarówno stawanie w obronie uciśnionych dołów, jak i posyłanie torped świńskiej szlachcie, taplającej się zgodnie w błotku samozadowolenia. Jest tu także miejsce na podejmowanie inicjatyw prorozwojowych, takich jak te, o których była mowa wcześniej.

Marzy mi się sytuacja, w której organy przedstawicielskie polskich funkcjonariuszy osiągną taką pozycję, jaką mają ich odpowiedniki na przykład w USA, gdzie związki zawodowe są potęgą trzymającą system za mordę, dzięki czemu mogą narzucać, oczywiście w warunkach pewnych legislacyjnych kompromisów, swoją wolę w zakresie kształtu regulacji świadczeń emerytalnych.

Gdyby to nastąpiło, misja MDR może by się nie zakończyła, ale na pewno uległaby zasadniczym modyfikacjom. Silne związki, czyli związki sprawne i zorientowane we właściwym kierunku, potrafiłyby roztoczyć właściwą opiekę nad funkcjonariuszami. Taką, która nie tylko materializuje się w postaci wsparcia procesowego, ale jest aktywna stale, na poziomie codziennego funkcjonowania jednostek organizacyjnych. Nie tylko w sądzie, ale i w wydziale, czy na placówce. Niech żaden krwiożerczy trep nie waży się nastawać na podwładnego. Wtedy będę wiedział, że moja internetowa partyzantka utrzymała zajmowane pozycje do czasu nadejścia odsieczy.

Marzyć wolno każdemu.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

List policjantów z miasta Łodzi - kontynuacja opowiści o Eryku

Jak komisarz Eryk pełni obowiązki

Bartas - nieśmieszny błazenek